IV Niedziela Adwentu - Liturgia Słowa
Ostatnia prosta Adwentu, Czwarta Niedziela, stawia przed nami tajemnicę Boga, który wchodzi w ludzką historię nie jako odległy obserwator, ale jako „Emmanuel” – Bóg z nami. Dzisiejsze czytania tworzą niezwykłą klamrę czasu, łącząc starożytne proroctwa z konkretnym momentem w życiu Świętej Rodziny. Prorok Izajasz zapowiada znak, którego król Achaz nie chciał przyjąć – pannę, która pocznie syna. To, co w Starym Testamencie było tajemniczą zapowiedzią, w Ewangelii wg św. Mateusza staje się faktem. Widzimy Józefa, człowieka sprawiedliwego, który staje w obliczu niepojętej dla siebie sytuacji i musi podjąć decyzję w duchu wiary. Święty Paweł w Liście do Rzymian łączy te dwie perspektywy, ukazując Jezusa jako potomka Dawida według ciała, a zarazem Syna Bożego pełnego mocy. Wszystkie te teksty prowadzą nas do jednego wniosku: Bóg jest wierny swoim obietnicom, a od człowieka oczekuje „posłuszeństwa wiary” – postawy, którą w sposób doskonały prezentuje dziś św. Józef, przyjmując pod swój dach Maryję i Jezusa.
Mt 1,18-24
Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienna za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: ”Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”. A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy ”Bóg z nami”. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie.
Komentarz do pierwszego czytania (Iz 7, 10-14)
Prorok Izajasz przenosi nas w czasy wielkiego niepokoju politycznego i militarnego w Królestwie Judy. Król Achaz znajduje się w dramatycznej sytuacji – Jerozolimie zagrażają sprzymierzone wojska Syrii i Efraima. Władca, zamiast szukać ratunku u Boga, kalkuluje politycznie i planuje zawrzeć sojusz z potężną Asyrią, co w konsekwencji przyniesie narodowi jeszcze większe zniewolenie. W tym kontekście Bóg posyła Izajasza z propozycją: „Proś dla siebie o znak”. Jest to niezwykła oferta, w której Stwórca chce namacalnie potwierdzić swoją opiekę nad dynastią Dawida i zapewnić króla, że nie musi się bać ziemskich potęg.
Odpowiedź Achaza: „Nie będę prosił i nie będę wystawiał Pana na próbę”, brzmi na pierwszy rzut oka niezwykle pobożnie. Jest to jednak pobożność fałszywa, maskująca brak wiary i pychę. Król nie chce znaku, ponieważ nie chce zmienić swoich planów; woli polegać na własnych intrygach i sile militarnej sojusznika niż na obietnicy Boga. Odmowa przyjęcia znaku jest w rzeczywistości odrzuceniem Bożej interwencji w historię. Achaz reprezentuje postawę człowieka, który woli „radzić sobie sam”, nawet jeśli prowadzi to do katastrofy, byle tylko nie musieć uznać swojej zależności od Pana.
Mimo uporu króla, Bóg nie wycofuje się ze swojej wierności wobec domu Dawida. Prorok ogłasza, że Pan sam da znak, niezależnie od woli władcy. Tym znakiem będzie Panna (w języku hebrajskim „almah”, oznaczające młodą kobietę, w greckim przekładzie Septuaginty przetłumaczone jako „dziewica”), która pocznie i urodzi Syna. Imię tego dziecka – Emmanuel, czyli „Bóg z nami” – jest kluczem do zrozumienia całego proroctwa. Narodziny dziecka w czasach zagrożenia są znakiem życia i nadziei, dowodem na to, że Bóg nie opuścił swojego ludu i że dynastia Dawida przetrwa, mimo błędów panującego króla.
To proroctwo ma sens podwójny. W sensie historycznym mogło odnosić się do narodzin Ezechiasza, syna Achaza, który okazał się wiernym królem. Jednak Kościół, idąc za natchnieniem Ewangelistów, widzi w tym tekście zapowiedź ostatecznego wypełnienia obietnic w Jezusie Chrystusie. To On jest prawdziwym Emmanuelem, który narodził się z Maryi Dziewicy. Tekst ten uczy nas, że plany Boże sięgają znacznie dalej niż nasze doraźne problemy, a Bóg potrafi wyprowadzić dobro i dać nadzieję nawet tam, gdzie człowiek przez swój brak wiary stawia opór.
Komentarz do psalmu (Ps 24, 1-2. 3-4. 5-6)
Psalm 24 jest hymnem na cześć Boga jako Stwórcy i Króla, który uroczyście wkracza do swojej świątyni. Pierwsze wersety przypominają fundamentalną prawdę: „Do Pana należy ziemia i to, co ją napełnia”. W świecie, w którym często rościmy sobie prawo własności do wszystkiego, psalmista stawia sprawę jasno – jesteśmy tylko dzierżawcami, a prawdziwym Władcą świata, mórz i lądów jest Bóg. Ta świadomość Jego suwerenności jest podstawą wszelkiej prawdziwej religijności. Bóg nie jest lokalnym bożkiem zamkniętym w jednym sanktuarium, ale Panem całego uniwersum.
W dalszej części utworu pojawia się pytanie o warunki, jakie musi spełnić człowiek, by móc zbliżyć się do tego świętego Boga: „Kto wstąpi na górę Pana?”. Odpowiedź nie dotyczy rytualnej czystości zewnętrznej, ale kondycji moralnej serca. „Człowiek rąk nieskalanych i czystego serca” to ktoś, kogo czyny są sprawiedliwe, a intencje szczere. Nie chodzi tu o bezgrzeszność rozumianą jako brak błędu, ale o fundamentalną uczciwość, brak fałszu i obłudy w relacji z Bogiem i ludźmi. Taki człowiek nie przysięga kłamliwie i nie oddaje duszy marnościom.
Psalmista zapewnia, że człowiek o takim nastawieniu „otrzyma błogosławieństwo od Pana”. Błogosławieństwo to nie jest tylko pomyślność materialna, ale „zapłata od Boga”, czyli zbawienie i sprawiedliwość. Psalm kończy się określeniem tożsamości wierzących: to jest „pokolenie tych, co Go szukają”. Wierzyć, to znaczy nieustannie szukać oblicza Boga. W dzisiejszą niedzielę ten psalm idealnie pasuje do postaci św. Józefa, którego Ewangelia nazywa „człowiekiem sprawiedliwym” – to on jest tym, który z czystym sercem przygotowuje dom na przyjęcie Króla Chwały, Jezusa.
Komentarz do drugiego czytania (Rz 1, 1-7)
Początek Listu do Rzymian to niezwykle gęsty teologicznie tekst, w którym św. Paweł przedstawia swoje „credo” i legitymację apostolską. Paweł nie pisze jako prywatny myśliciel, ale jako „sługa Jezusa Chrystusa, z powołania apostoł”. Podkreśla, że Ewangelia, którą głosi, nie jest nowinką, ale realizacją odwiecznego planu Boga, zapowiadanego przez proroków w Pismach świętych. Apostoł buduje w ten sposób most między Starym a Nowym Testamentem, pokazując, że historia zbawienia jest jedną, spójną całością, a chrześcijaństwo wyrasta z korzeni judaizmu.
Kluczowym elementem tego fragmentu jest definicja osoby Jezusa Chrystusa. Paweł ukazuje Go w dwóch wymiarach. Po pierwsze, jako potomka Dawida „według ciała”. To zakorzenia Jezusa w konkretnej historii Izraela, czyni Go prawowitym dziedzicem obietnic mesjańskich i członkiem ludzkiej rodziny. Po drugie, Jezus jest „Synem Bożym”, co zostało z mocą potwierdzone przez „Ducha Świętości” w akcie zmartwychwstania. Mamy tu więc zarys tajemnicy Wcielenia: prawdziwy Człowiek z królewskiego rodu i prawdziwy Bóg, zwycięzca śmierci.
Celem misji Pawła, a także celem przyjścia Chrystusa, jest doprowadzenie wszystkich narodów do „posłuszeństwa wiary”. To sformułowanie jest niezwykle ważne. Wiara w ujęciu św. Pawła nie jest tylko intelektualnym uznaniem istnienia Boga, ale aktem posłuszeństwa, czyli poddania swojego życia woli Bożej. Jest to odpowiedź całego człowieka na objawioną miłość. Przez to posłuszeństwo otrzymujemy łaskę i stajemy się częścią nowego ludu Bożego.
Na koniec Paweł zwraca się do adresatów listu – „wszystkich przez Boga umiłowanych, powołanych świętych”. Te słowa dotyczą dzisiaj nas. Zostaliśmy włączeni w tę wielką historię zbawienia nie przez przypadek, ale z miłości Boga. Naszym powołaniem jest świętość, czyli życie w bliskości z Jezusem, Emmanuelem. Czytanie to przypomina nam przed Bożym Narodzeniem, że świętujemy przyjście nie tylko historycznej postaci czy mędrca, ale samego Syna Bożego, który ma moc przemienić nasze życie, jeśli tylko odpowiemy Mu posłuszeństwem wiary.
Komentarz do Ewangelii
Dzisiejsza Ewangelia wprowadza nas w sam środek dramatu, który rozegrał się w ciszy serca św. Józefa. Często patrzymy na scenę Bożego Narodzenia przez pryzmat sielankowych szopek, zapominając, jak wielkim wstrząsem było dla tego nazaretańskiego cieśli odkrycie, że jego brzemienna narzeczona nosi w sobie życie, którego on nie jest ojcem. Mateusz Ewangelista nazywa Józefa „człowiekiem sprawiedliwym”. Sprawiedliwość w biblijnym sensie to nie tylko przestrzeganie paragrafów prawa, ale przede wszystkim prawość sumienia i dostrojenie życia do woli Bożej. Prawo Mojżeszowe w takiej sytuacji było surowe i jednoznaczne: kobietę podejrzaną o cudzołóstwo należało ukamienować lub przynajmniej publicznie zniesławić, by oczyścić honor męża. Józef staje przed tragicznym wyborem między sprawiedliwością Prawa a miłością i szacunkiem, jaki żywił do Maryi. Jego decyzja, by oddalić ją potajemnie, jest aktem heroicznego miłosierdzia. Chce wziąć na siebie odium niejasnej sytuacji, byle tylko ocalić życie i dobre imię Maryi. Widzimy tu człowieka, który jeszcze zanim przemówił do niego anioł, już kierował się „czystym sercem”, o którym śpiewaliśmy w psalmie.
W ten moment ludzkiej bezradności i dylematu wkracza Bóg. Sen Józefa nie jest zwykłym marzeniem sennym, ale przestrzenią objawienia. W tradycji biblijnej sen często jest miejscem, gdzie Bóg mówi, gdy milkną ludzkie zmysły i kalkulacje. Anioł Pański przynosi Józefowi słowa, które są kluczem do każdej adwentowej nocy: „Józefie, synu Dawida, nie bój się”. Lęk był naturalną reakcją na tajemnicę, która go przerosła. Bóg jednak nie zostawia go z tym lękiem. Wyjaśnia mu, że to, co się dzieje, nie jest wynikiem grzechu czy zdrady, ale bezpośrednim działaniem Ducha Świętego. Józef dowiaduje się, że jego rola nie skończyła się, lecz dopiero zaczyna. Ma nadać dziecku imię. W kulturze semickiej nadanie imienia oznaczało uznanie dziecka za swoje i włączenie go do dziedzictwa rodu. Bóg prosi Józefa, by użyczył Synowi Bożemu swojej ziemskiej tożsamości, by stał się cieniem Ojca Niebieskiego na ziemi.
Imię, które Józef ma nadać, brzmi „Jezus”, co z hebrajskiego Jeszua oznacza „Jahwe zbawia”. Ewangelista Mateusz natychmiast łączy to imię z dawnym proroctwem Izajasza o Emmanuelu – „Bogu z nami”. Te dwa imiona: Jezus i Emmanuel, streszczają istotę świąt, do których się przygotowujemy. Bóg jest „z nami” nie po to, by nam się tylko towarzysko przyglądać, ale jest z nami, aby nas zbawiać. Jego obecność jest dynamiczna, uzdrawiająca i uwalniająca. „Zbawić lud od jego grzechów” – to cel Wcielenia. Nie od rzymskiej okupacji, nie od biedy, nie od chorób w pierwszej kolejności, ale od grzechu, który jest korzeniem wszelkiego nieszczęścia. Emmanuel wchodzi w ludzką historię, w jej najbardziej poplątane genealogie i trudne sytuacje małżeńskie, by naprawiać świat od wewnątrz.
Najbardziej fascynująca w dzisiejszej Ewangelii jest reakcja Józefa po przebudzeniu. Tekst mówi krótko: „uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański”. Nie słyszymy ani jednego słowa Józefa. Nie ma pytań, nie ma targowania się, nie ma prośby o dodatkowe wyjaśnienia, jak to miało miejsce w przypadku Zachariasza czy nawet króla Achaza, który w ogóle odrzucił znak. Józef reprezentuje „posłuszeństwo wiary”, o którym pisał św. Paweł. Jego wiara jest konkretnym czynem. Wziąć Maryję do siebie oznaczało zgodzić się na życie w tajemnicy, na ryzyko plotek, na zmianę wszystkich życiowych planów. Józef zrozumiał, że jego życie nie należy już tylko do niego, ale stało się częścią wielkiego planu zbawienia. Jego milczące posłuszeństwo pozwoliło Bogu wejść w ludzką rodzinę i dać Zbawicielowi prawny tytuł „Syna Dawida”.
W te ostatnie dni Adwentu postawa św. Józefa jest dla nas lustrem, w którym możemy przejrzeć nasze własne życie. Każdy z nas miewa swoje „Józefowe momenty” – chwile, gdy życie wymyka się spod kontroli, gdy stajemy przed problemami, które nas przerastają, gdy po ludzku nie widzimy dobrego wyjścia. Możemy wtedy, jak Achaz, próbować kombinować po swojemu, szukając zabezpieczeń w układach tego świata. Ale możemy też, jak Józef, wsłuchać się w głos Boga, który mówi w ciszy sumienia i na kartach Pisma Świętego: „Nie bój się wziąć tego krzyża, nie bój się tej sytuacji, bo w niej rodzi się Bóg”. Przyjęcie Jezusa do swojego życia, „wzięcie Go do siebie” tak jak zrobił to Józef, oznacza zgodę na to, że Bóg będzie prowadził nas drogami, których często nie rozumiemy, ale które zawsze prowadzą do zbawienia. Niech ta Eucharystia da nam odwagę Józefa, byśmy w nadchodzące Święta nie tylko oglądali Jezusa w żłóbku, ale rzeczywiście przyjęli Go pod dach naszego życia.